piątek, 30 czerwca 2017

"Król Lata" - część dziesiąta

Część dziesiąta

            Poruszanie się na rodzinno-sąsiedzkich przyjęciach to sztuka, którą nie każdy jest w stanie opanować. Nie wystarczy znaleźć sobie przytulne miejsce do siedzenia niedaleko stołu z przekąskami i czekać, aż w pobliżu mignie znajoma twarz. O nie, przeciwnie: trzeba samemu ruszyć do tańca. Jedną z taktyk jest krążenie między sformowanymi drogą przypadku grupami dyskusyjnymi, umiejętne wślizgiwanie się do rozmów i wyślizgiwanie się z nich w odmierzonych społecznym taktem interwałach. Inną – orbitowanie wokół miejsc, które stanowią naturalne centra komunikacyjne, czyli kuchni, korytarza przy toalecie oraz barku. Jeszcze inną, nie mniej skuteczną, choć wymagającą pewnej subtelności – zrobienie zamieszania. Tę właśnie strategię zupełnie niechcący wybrali Artur, Einstein, Benek i Gabriela.
            To wcale nie tak, że zaczęli się nudzić. Artur, nie niepokojony dalszymi pytaniami ze strony przyjaciół, szybko wrócił do swojego typowego flegmatycznego nastawienia. Dla niego fakt, że ma tego dnia urodziny i całe przyjęcie zostało urządzone specjalnie dla niego, nie miał wielkiego znaczenia. Pomógł w tym z pewnością fakt, że podryfowali w kierunku środka ogrodu, gdzie rozstawiono sporych rozmiarów gumowy basen i wszyscy goście pod krawatami, a więc i znajomi pana Korzewskiego, trzymali dystans z obawy przed ochlapaniem. W wodzie pluskał się młodszy brat Artura z kilkoma kolegami i nawet Einstein zawahał się, widząc, że zbliżając się ryzykuje podtopienie. Szybko jednak odzyskał rezon i odwrócił się do reszty.
            – Popływamy?
            – Wiem, co chcesz zrobić – odezwał się Benedykt, uchwyciwszy spojrzenie kolegi. – Nawet się nie waż.
            – Och, daj spokój. – Einstein próbował uśmiechnąć się niewinnie, ale efekt był raczej drapieżny. – Jest gorąco, na pewno chcesz popływać.
            – Ale nie... Nie, zostaw!
            Chłopcy zupełnie niespodziewanie zwarli się w komicznym uścisku zapaśników, którzy nie znają zasad sportowej rywalizacji: Krzysiek szarpał Benka za ubranie, stopniowo przeciągając go bliżej i bliżej basenu, Benek usiłował ścisnąć mniejszego kolegę ramionami i utrzymać pozycję dzięki swojej masie. Wydawali przy tym tak głośne, nieskładne i dzikie krzyki, że szybko zgromadzili wokół niemałą widownię. Nikt z dorosłych nie przewidział, co może nastąpić już za kilka chwil, nikt też – i słusznie – nie brał sceny za bójkę. Z tego powodu, gdy prawa fizyki oszukały obu chłopców, ucierpiała na tym połowa gości przyjęcia, zgromadzona ciasnymi kręgiem wokół basenu.
            Gabriela nie potrafiła ocenić, czy to Benek nadepnął Einsteinowi na stopę, czy może Einstein sam potknął się własne pląsające w nieładzie nogi. W pewnym momencie chłopcy wykręcili koślawy piruet, zaplątali się nawzajem w swoje ręce, usiłując złapać równowagę, i runęli do basenu. Woda bryznęła na wszystkie strony.
            – Nawet się tego spodziewałem – powiedział Artur, potrząsnąwszy mokrą głową. Rozejrzał się i roześmiał się na całe gardło. Tego właśnie trzeba było przemoczonym ludziom wokół: ogród wybuchnął burzą śmiechu.
            Pół godziny później stali we czwórkę w pokoju Gabrieli, poszturchując się wzajemnie w oczekiwaniu na panią Szyller, która krążyła po domu w poszukiwaniu ręczników. W końcu pojawiła się w drzwiach z miną świadczącą o tym, że jest zła jak osa, ale nucąc coś pod nosem.
            – Za karę macie wzór w misie – powiedziała do Benedykta i Einsteina, rzucając im ręcznik. – Tylko się o niego nie pobijcie. – Dodała, drugi podając Gabrieli i Arturowi.
            – Dziękuję pani, ale ja pójdę się szybko przebrać do łazienki, jeśli to nie problem.
            – Oczywiście, kochany! Czuj się jak u siebie w domu. – Pani Szyller zmierzwiła Arturowi włosy, nie zważając na fakt, że nadal kapie z nich woda.
            Artur odpowiedział swoim firmowym Anielskim Uśmiechem Numer 5 i wymknął się na korytarz. Wrócił po kilkunastu minutach, blady jak ściana i z zaciśniętymi ustami.


            Tym razem nie udało się wydobyć z niego powodu zmiany humoru; na wszystkie pytania odpowiadał machnięciem ręki i półsłówkami, nawet nie aspirującymi do tytułu wymówek. Gabrieli dotarła do prawdziwej przyczyny dopiero dziesięć lat później, podczas swojego własnego przyjęcia.

niedziela, 12 marca 2017

"Król Lata" - część dziewiąta

Część dziewiąta

Cały dom zdawał się wibrować muzyką, rozmowami i śmiechem. Przez otwarte na oścież drzwi tarasowe do środka wpływały zapachy grillowanej karkówki, szaszłyków drobiowych i kiełbasek z ogniska; w odwrotnym kierunku, z zatłoczonej kuchni, dobywały się aromaty najwymyślniejszych mieszanek ziół do sałatek. W obie strony przesuwały się grupki ludzi, przystając to tu, to tam na krótszą lub dłuższą pogawędkę z członkami rodziny, przyjaciółmi, sąsiadami czy zupełnie nieznanymi ludźmi. Na tym polegały przyjęcia.
Mała Gabriela Szyller zatrzymała się w przejściu między pokojem dziennym a kuchnią. Nad jej głową kołysał się na sznurku ułożony z kolorowych tekturek napis „Jedenaste urodziny Arturka!”. Poszczególne litery powiewały jak chorągiewki za każdym razem, gdy ktoś pod nimi przechodził.
– Ja bym nie chciała takiego przyjęcia – oznajmiła Gabriela stojącemu za nią Einsteinowi.
– A ja bym chciał – odparł chłopiec. Całą twarz i czubki palców miał umazane bitą śmietaną. – Ten tort jest przegenialny.
– Ile kawałków zjadłeś? Trzy?
– Pięć. – Krzysiek uśmiechnął się bez cienia skruchy, pokazując kawałki czekolady na mlecznobiałych zębach.
– Jesteś nienormalny. Mnie przesłodziło po jednym. Gdzie Artur?
Einstein machnął ręką w kierunku wyjścia do ogrodu.
– Pewnie złapały go ciotki.
         Odszukali Benedykta przy potężnych rozmiarów regale na książki i we trójkę ruszyli na ratunek solenizantowi. O tym, że przyjęcie urodzinowe Artura Korzewskiego odbywało się w domu państwa Szyllerów, zadecydował przypadek: pół tygodnia wcześniej Korzewscy przeżyli hydrauliczną apokalipsę i dotąd jeszcze nie uporali się z przywróceniem podtopionej łazienki do stanu pełnej używalności. Sam Artur nie wydawał się szczególnie zainteresowany czy podekscytowany perspektywą spędzenia swoich jedenastych urodzin w tłumie nie do końca znanych ludzi – ostatecznie wyszło na to, że zarówno jego rodzice, jak i Gabrieli postanowili wykorzystać tę okazję, by zaprosić dawno nie widzianych znajomych ze swoich szkolnych czasów. W rezultacie Artur, jego młodszy brat, Einstein, Benedykt, Gab i parę innych dzieciaków musiało lawirować pomiędzy obcymi dorosłymi. Większości z nich specjalnie to nie przeszkadzało: sam fakt bycia na przyjęciu dostarczał rozrywki, a zadbano oczywiście o to, by nie zabrakło ciastek i chipsów w ilościach uzasadnionych jedynie przez „ten jeden dzień w roku”, jak powiedziała Agnieszka Szyller, zapełniwszy wszystkie miski w domu słodkościami.
         Benek przepychał się między ludźmi z siłą przebicia lodołamacza. Zignorował kompletnie stojące mu na drodze trzy nieznane panie, zapewne sąsiadki, i jedna z nich, potrącona w chwili, gdy unosiła do ust widelec, upuściła papierową tackę z sałatką warzywną.
            – Tam jest! – zawołał chłopiec, nawet się nie obejrzawszy na okrzyk oburzenia.
        Trójka przyjaciół, kierowana silną potrzebą wsparcia kolegi w ciężkim momencie urodzinowego starcia z oddziałem stęsknionych cioteczek, zatrzymała się jak wryta. Artura wcale nie osaczały starsze panie. Jubilat stał z zagubioną miną otoczony przez poważnie wyglądających mężczyzn w koszulach i krawatach. Jego ojciec trzymał ręce na ramionach syna, jakby chcąc powstrzymać go od ucieczki, ale jednocześnie wydawał się zadowolony.
            – Hej, Arturek! – zawołał Einstein przez teatralnie złożone w trąbkę dłonie.
            Artur poczerwieniał po czubki uszu i zaczął wiercić się w uścisku ojca. Uniósł głowę i coś powiedział; Gab wyczytała słowa, których nie mogli dosłyszeć, z jego twarzy: „tato, mogę już iść?”, wymamrotane skrępowanym, niemal błagalnym tonem. Rzadko widywała u przyjaciela jakiekolwiek oznaki słabości, ale będąc w pobliżu swojego taty Artur zawsze wydawał się jakby mniejszy. Tym razem mu się udało: ojciec poklepał go po plecach i odprawił gestem, niemal natychmiast skupiając całą swoją uwagę na pozostałych członkach klubu koszulowo-krawatowego.
         – Co zrobiłeś, że zasłużyłeś na kazanie na własnej imprezie urodzinowej? – zapytał bez ogródek Einstein, gdy tylko Artur oddalił się od swojego taty na bezpieczną odległość.
            – Nic nie zrobiłem.
            – To o co chodziło?
            – Tata chciał mnie przedstawić paru swoim znajomym – wyjaśnił Artur niechętnie. Pocierał policzki dłońmi, jakby chcąc zetrzeć z nich czerwone plamy zdenerwowania, mimo że te już zupełnie zniknęły. – Widzicie tego grubego faceta z marynarką na ramieniu? – Pokazał palcem.
            – Wygląda jak gangster – uznał Benedykt, przekrzywiwszy głowę z zaintrygowaną miną.
           – Nazywa się Warzyński, Jerzy albo Jan, nawet nie pamiętam. Ma jakieś magazyny czy składy budowlane w okolicy. Przez cały czas starał się namówić mojego ojca do tego, by zapoznał mnie z jego córką.
            – O – wyrwało się Gabrieli.
      – Nawet nie powiedział, jak ona ma na imię. Powtarzał tylko: „koniecznie muszą się zaprzyjaźnić”. Głupie, nie? Chyba nawet tata tak pomyślał, bo kompletnie gościa olał.
            Einstein ułożył wargi w dzióbek i cmoknął głośno.

            – Arturkowi znaleźli narzeczoną!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...