środa, 27 kwietnia 2011

My tu gadu gadu, a tam się mordują

Było o pisaniu ogólnie, a także o pomysłach i ich realizowaniu, dwa razy pozwoliłam sobie też na felietony niezwiązane z moją pasją, bo ileż można katować ludzi czymś, o czym ma się pojęcie czysto amatorskie? Dziś, w piątym odcinku, powrócę do pisania. Dlaczego? Po pierwsze mam za sobą prawie tygodniową przerwę od szkoły, co wykorzystałam niezwykle butelkowo. Po drugie z uwagi na towarzyszący mi ostatnio kpiarsko-obojętny humor postanowiłam trochę pozgrywać Specjalistkę Od Pióra. Po trzecie zaś marudzenie na rzeczywistość nawet mi czasem bokiem wychodzi.

Dziś więc pracujemy na konkretach. A o czym będzie? O tym, co wszyscy znamy, kochamy i (możecie poczuć się dotknięci) najczęściej zawalamy: o dialogach. Skupię się przy tym nie tyle na treści, co formie... a przynajmniej tak mi się teraz wydaje; możliwe, że za pół godziny okaże się, że znowu ględziłam o sztuce pisania od środka. Z niezbędnym patosem, oczywiście.

Z czym to się je?

Niby każdy wie, do czego służy dialog. Do czego ja go używam? Cóż... do wszystkiego. W zależności od sytuacji, nastroju, bohaterów, pory dnia i pogody. Dobra wymiana zdań to najlepsze lekarstwo na wszystko. Jeśli się postaracie, przyspieszy akcję albo też ją spowolni, zastępując opis. Ale, ale...! Zanim wpadniecie na genialny pomysł napisania opowiadania składającego się z tylko i wyłącznie dialogu, wstrzymaj się na chwilę i zastanów. Eksperymenty polecam zostawić na później, gdy już będziemy radzić sobie z działaniem według oklepanych instrukcji.

Pozostaniemy więc dziś przy standardowym wykorzystaniu naszego dialogowego cudeńka, a oprzemy się na butelkowych fragmentach. Wolałabym wprawdzie fragment tekstu bardziej kompetentnego autora, ale nie wypada zamieszczać tu wycinka bez jego zgody. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Co każdy powinien pamiętać

Bo niepamięć w ferworze pisania dopada zadziwiająco łatwo i często.

Pierwszy przykładzik, bogaty w drobiazgi, na które mogę zwrócić uwagę. Wisiał w moim opisie gg dość długo ze względu na wartość sentymentalną, a teraz go trochę pomęczę. Pochodzi oczywiście z „Butelki”.


- A wrzuciłeś bieg? - zapytałam.
- Co? - Chłopiec niemal schował się pod kierownicą, przeszukując okolice pedałów.
- Wrzuciłeś jedynkę?
- Jaką jedynkę?


Zanim przyczepię się do zapisu, chcę zwrócić uwagę na dwa fakty. Pierwszy z nich: bohaterowie. A konkretniej jeden z nich, chłopiec, postać B. Co można wyciągnąć z dwóch jego wypowiedzi (teraz skupiamy nasz zmysł interpretatorski, który tak bardzo chcą w nas wykształcić nauczyciele języka polskiego)?

Postać B to typ rozkojarzony. Może nie głupi, ale bardzo zaabsorbowany jakąś czynnością (tu – szukaniem guzika włączającego samochód). Tak bardzo, że słowa postaci A (narracja pierwszoosobowa, fu) wlatują mu lewym uchem, a wylatują prawym, nie pozostawiając w mózgu ani śladu. Ponadto jest to osoba co najmniej niedoświadczona (chłopiec – a więc dziecko), nie zdaje sobie sprawy z istnienia skrzyni biegów. Krótko: B to hiperaktywny dzieciak ze zdolnością koncentracji jak u przedszkolaka.

Wniosek? Wypowiedź MUSI odzwierciedlać cechy postaci, która przemawia. Charakter i sposób zachowania bohatera oraz jego sposób mówienia to jedno. Nierozłączna całość. Jeśli postać dresa wysławia się jak przystało na czterdziestoletniego erudytę, to coś ewidentnie jest nie w porządku. Uważacie, że to oczywiste? Otóż nie zawsze. Czasem na drodze autora wyrasta przeszkoda w postaci poważnych rozbieżności między konkretną postacią a tym, co ma ona przekazać, bo „się odrobinkę zapędził”. Rozwiązanie tego problemu wymaga nie lada kreatywności (z autopsji).

Czas na drugi fakt. Spójrzmy na wypowiedzi ogólnikowo. Co widzimy? Są: krótkie, zwięzłe, luźne, mamy powtórzenie i na dodatek nie mówi się „co”, tylko „słucham”. Dialog jako forma jest o tyle ciekawy, że musi zachować równowagę między kwestią pięknego, literackiego języka, a ogólnym prawdopodobieństwem. Przepraszam bardzo, który rozkojarzony dwunastolatek grzecznie zapyta „Słucham?”, podczas gdy jest całkiem zajęty poszukiwaniem guzika zastępującego skrzynię biegów, o której istnieniu ma zresztą dość mgliste pojęcie? Jeśli mamy do wyboru z premedytacją trzasnąć paskudne powtórzenie, napisać coś niegramatycznie i w slangu, bądź wcisnąć dzieciakom na usta wypowiedzi wycięte z eseju filozoficznego, co wybierzemy? Ja wybieram slang*.

Jedna uwaga. Przenoszenie usłyszanych rozmów na papier kropka w kropkę też nie jest najlepszym pomysłem. Spróbujcie zapisać swoją rozmowę telefoniczną ze znajomym. Jeśli starczy Wam cierpliwości i sposobów na zapisanie rozmaitych „ehmmm”, „noo” czy „eee tam” (że o „ku*wa, ja pier*olę, co za po*eb” nie wspomnę). Coś jednak ubarwić trzeba zawsze. Grunt to nie przegiąć w żadną stronę.

Mój kochany myślniczku...

Od razu wyjaśnię: w pauzy i półpauzy jeszcze się nie bawię, z tym tematem zapraszam do kogoś kompetentniejszego (i wyposażonego w Worda, a nie Writera). Mniejsza o ten wyższy level; spójrzmy na dialogi od strony technicznej. To pięta achillesowa wszystkich, którzy, owszem, piszą, ale uważają, że zapis nie przyćmi doskonałości ich tekstu, więc może on wyglądać niechlujnie. Wybaczcie, ale mnie to diabelnie drażni. Nie ma nic gorszego niż czytanie niechlujnego tekstu.

Czas na następny przykład. Należy podążać za numerkami.

[1] - Ej, mała, nie śpij. - [2] Kiślu pochylił się nad stołem i pstryknął palcami tuż przed moim nosem.
- Nie śpię – [3] zaprzeczyłam niemrawo. - [4] Myślę.
- Chwali ci się, ale bądź tak dobra i myśl na głos. Oświeć mnie, niech pławię się w blasku twych analiz.[5]
- Dlaczego cały czas mam wrażenie, że się ze mnie nabijasz? [6]
- Bo to robię. Siemasz, Rudy.[7]


Tłumaczyłam to już tyle razy, że sama nie jestem pewna, czy dobrze postępuję od tych kilku lat, ale załóżmy, że samouk się spisał i może pouczać innych. Spójrzmy:

1. Kwestia rozpoczynania kwestii. Proszę wyjąć notesy, ponieważ teraz napiszę coś niezwykle istotnego. Gotowi? Więc uwaga: wypowiedź to zdanie jak każe inne. Element tekstu. Od czego zaczynamy nowiuteńki element tekstu: opis, myśl, wstrzelenie, narracyjne bach, a także wypowiedź? Od WCIĘCIA. Zazwyczaj używa się do tego klawisza TAB, ale równie dobrze można kazać Wordowi samemu wstawiać wcięcia przy każdym wciśnięciu Enteru (wymaga grzebania w opcjach, ale jakież to wygodne!). Nie ma wcięcia, nie ma zauważalnego rozpoczęcia nowego elementu. Co gorsza, w ten sposób powstają bloki tekstu, czyli zbrylone litery, pośród których bardzo łatwo się pogubić. Nawołuję więc: korzystajcie z Enteru możliwie często, a jeśli musicie, ciśnijcie też TAB! Ułatwcie swoim czytelnikom życie, bez względu na to, czy jest to znajomy, nieznajomy, czy kilkoro do kilkuset fanów waszych postaci. Szanujcie ich mózgi.

2. Akurat tu dałam fragment nieco wycięty z kontekstu, ponieważ nie zaczyna się, tak jak zwykły brzmieć narracje po myślniku kończącym wypowiedź (swoją drogą myślniki należy oddzielać spacjami z OBU STRON). Zamiast typowego „powiedział” (o tym za moment) mamy normalne zdanie, które równie dobrze mogłoby znaleźć się w oddzielnym akapicie. Dlaczego więc jest tu? Dla urozmaicenia. Żeby nie było nudno. Wbrew pozorom to doskonały argument. Dialog, choćby wypowiedzi brzmiały idealnie, może znudzić czytelnika narracją. Tego polecam unikać, bo znudzony czytelnik to czytelnik stracony (a to nowość). Krótko: nie bądźmy schematyczni, umieszczajmy normalne, pełnoprawne zdania tam, gdzie nie jest ich miejsce. Urozmaicajmy i zaskakujmy.

3. Mój ulubieniec: czasownik atrybucji dialogu. Nie mam pojęcia, czy u nas też ta nazwa funkcjonuje, ale przyznam, że King mnie jej nauczył i od pewnego czasu z niej korzystam. Te magiczne czasowniki to, jeśli się nie domyśliliście, wszelkie „powiedział”, „rzekł”, „krzyknął”, wymamrotał”, w rozmaitych wersjach i z całą gamą przeróżnych emocji. W tym przypadku jest to „zaprzeczyłam” (zignorujcie, proszę, przysłówek). A teraz kolejna istotna sprawa: piszemy je bezpośrednio po myślniku kończącym wypowiedź i robimy to MAŁĄ LITERĄ (bądź też z małej litery, niepotrzebne skreślić). Czasowniki atrybucji dialogu to element najczęściej występujący w narracji po wypowiedzi, ale to nie znaczy, że należy raczyć nim czytelnika za każdym razem. Błagam, nie róbcie tego. Różnorodność! I jeszcze coś: narracja to normalne zdanie i należy zakończyć je kropką (patrz niżej). Nie zapominajmy o tym, bo zrobi się wybitnie niechlujny bałagan.

4. Rozbijanie całej wypowiedz na dwie strony. Wypowiedź, narracja, wypowiedź. Urozmaica i dynamizuje. Lubimy. Zaczynamy z dużej litery, chyba że kontynuujemy poprzednie zdanie. Wygląda to mniej więcej tak:
- Jestem Johnny – rzekł z dumą Bravo – i lubię placki.

Zauważcie, że na końcu narracji nie ma kropki! Byłaby, gdyby „Lubię placki” stanowiło osobne zdanie:
- Jestem Johnny – rzekł z dumą Bravo. - Lubię placki.


5. Czego tu nie ma? Narracji. Dlaczego? Bo jest zbędna. Czytelnik nie potrzebuje przypomnienia, że znów wypowiada się Kiślu (uściślam: jest to rozmowa w cztery oczy), więc nie trzeba pompować w fragment ględzenia drogiego autora.

6. Sytuacja powtarza się. Zaznaczyłam to, by pokazać, że nie trzeba przeplatać jednego sposobu z drugim. Równie dobrze można się obyć bez narracji przez całą stronę. Tyle że trzeba jednocześnie uważać, ponieważ wówczas czytelnikowi znacznie łatwiej jest się zgubić. Jeśli zaszalejemy za bardzo, koniec końców nie wie, kto co mówi, do kogo, dlaczego i w sumie co się właściwie dzieje. Opuszczanie narracji czyni dialog żywszym, dynamiczniejszym, ale nie ma sensu puszczać się sprintem tylko dlatego, że nie chce nam się działać narracją.

7. Oj, a skąd tu Rudy? To właśnie sprint. Złapaliście mnie – muszę przyznać, że czasami opuszczenie narracji i pominięcie czegoś-tam jest pożyteczne. W tym momencie czytelnik ma lekkie „zonk” (razem z GB), ponieważ ni z tego, ni z owego przemiłą wymianę zdań przerywa wparowanie Rudego, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo czemu. A sytuację wyjaśnia później sam narrator, co wam odpuszczę... tym razem. Gdy zajmiemy się wspomnianym w tytule mordem, o!

Ale ło zo chozzzi...?

Ponieważ odnoszę wrażenie, że jak zwykle nieźle namotałam i w rezultacie połowa punktów, podpowiedzi oraz dygresji jest niezrozumiała, udzielę jeszcze jednej rady.

Rozejrzyjcie się. Macie w pobliżu książkę? Jakąkolwiek, byle nie podręcznik od matmy. Niech będzie „Metro 2033”, akurat leży sobie na parapecie w zasięgu mojej dłoni. Wy możecie złapać cokolwiek, co zawiera dialogi, czyli niemal każdą powieść. Otwieramy tomiszcze i wzrokiem szukamy strony nie zawierającej bloków opisów i monologów wewnętrznych. Znajdujemy dialog. I co teraz? Przyglądamy się mu, najpierw od strony, jaka interesuje nas jako osoby piszące (język, narracja, etc.). Tylko mi się nie zaczytywać! No. Teraz kwestia mniej przyjemna: zapis. Przyglądamy się myślnikom (olejcie na razie długie/krótkie ich odmiany lub zbadajcie je na własną rękę), kropkom, wielkości liter, wcięciom. Myślę, że zobaczycie mniej więcej to, co przedstawiłam wyżej.

A jeśli nie, napiszcie w komentarzu. Chętnie nauczę się czegoś nowego.

*Mam nadzieję, że przez całą lekturę powyższego tekstu towarzyszy Wam świadomość, iż jestem pisarskim laikiem, ogólnie pisać umiem mniej niż średnio, uczę się, jestem z tej (samo)nauki dumna i moje gadanie należy traktować swobodnie.

Następnym razem o narracyjnym bach. To temat wdzięczniejszy od zapisu dialogu.

środa, 23 marca 2011

Atak Klonów, czyli regres absolutnie wszystkiego

...czyli pseudointeligenty felieton z działu "bawię się w młodocianego socjologa".

Dziś spojrzymy sobie na społeczeństwo, przy czym nacisk położymy na młodzież, albowiem młodzież jest zadziwiającym i zatrważającym jednocześnie obiektem obserwacji.

Poniższy tekst nie ma na celu obrażenia żadnego z przedstawicieli tej zaiste szlacheckiej grupy, a jeśli ma, to tylko podświadomie. Tu należy pamiętać, że po pierwsze sama do tejże klasy społecznej się zaliczam, a po drugie szkolę się na socjopatkę i jestem już w sumie prawie niepoczytalna, więc nie można mnie pociągać do odpowiedzialności karnej bądź też moralnej. Innymi słowy: jest to wylewanie jadu połączone z prowokacją do dyskusji. Całkiem zabawna forma wypowiedzi, muszę przyznać.

Najpierw statysta

Jak zwykle zacznę od swobodnego przykładu. Spójrzcie: dziecko niewysokie, mniej niż przeciętnej aparycji, mina obojętna/kpiąca/ponura/świadcząca o nieprzespanej nocy. W ręku gruba książka, najpewniej wybitnie niekobieca i raczej niemłodzieżowa fantastyka (lektura mniej wartościowa, bardziej edukująca). Pod książką notes, za uchem ołówek, a w samych uszach słuchawki, z których rozbrzmiewają dźwięki orkiestry symfonicznej. Na nogach znoszone adidasy, które niosą dziecko szybkim marszem przez ekstra-wąski szkolny korytarz. Dziecko wchodzi do sali, siada przy ławce, kładzie książkę na blacie. Otwiera notes, przez pięć minut szuka ołówka, a potem z najwyższym zdumieniem znajduje go za uchem. Zaczyna pisać, marszcząc brwi i co chwilę obracając ołówkiem między palcem wskazującym a środkowym. Po chwili wyjmuje z - o zgrozo! - plecaka - Jezu, to straszne! - kanapkę z serem i szynką. Konsumuje ją, z zamyśloną miną rozglądając się wokół i ze wszystkich sił starając się nie zatrzymywać na nikim wzroku. Gdy rozpoczyna się lekcja, wyjmuje słuchawki z uszu, przysłuchuje się i notuje, a na dodatek jeszcze uważa (z drobnymi przerwami na głębsze zamyślenie). A przynajmniej się stara, bo zajęcia są rozkładane na części pierwsze przy pomocy rozmaitych krzyków, śmiechów, zapytań i oślepiających blaskiem swej błyskotliwości komentarzy. W końcu nie wytrzymuje: wzdycha głęboko, teatralnym gestem przesuwa dłonią po twarzy i pochyla się nad notesem ze szczerym postanowieniem: zniszczę cały ten pieprzony świat. Nawet nie "zaj*bię cały ten, ku*wa, pier*olony świat" - jedno słowo "pieprzony" wystarczy dziecku na zawarcie w mentalnej wypowiedzi całej frustracji.

Widać, że to wyjątkowo niedzisiejszy okaz. Ogólnie rzecz ujmując - do kasacji. Jakkolwiek procesowi wchłaniania przez następny etap ewolucji się opiera, i tak prędzej czy później polegnie. To chyba nawet lepiej. Odmienność w końcu szkodzi na trawienie.

A teraz słówko wyjaśnień. Mam o sobie mniemanie na tyle wysokie, że uważam, iż subiektywny obserwator rzeczywistości ze mnie całkiem niezły. Co ważniejsze: obserwator rzeczywistości, do której nie należę. Więcej! Nie należę z własnej woli. Przepraszam, ale wstydzę się NALEŻEĆ. To poniżej mojej pseudo-godności.

Teraz reszta

Co świadczy o inteligencji człowieka? Według mnie wszystko: od umiejętności poparcia argumentami własnych poglądów, przez choćby minimalną empatię, aż po unikalną umiejętność posługiwania się względnie poprawną polszczyzną oraz ortografią i interpunkcją. Nie potępię oczywiście nikogo za to, że jak miłościwie nam panujący prezydent napisze "bul", chociaż od momentu ujrzenia takiego potwora będę starała się używać w rozmowie z takim delikwentem prostszego słownictwa.

Ale, ale... Nie znaczy to, że mam ograniczać się do slangu młodzieżowego. Brzydzę się mutantami słowotwórczymi w rodzaju "sponio", "dziena" itd., podobnie jak do szewskiej pasji doprowadza mnie widok bezsensownych spacji przed znakami interpunkcyjnymi. Nie obchodzi mnie, że wszyscy mają to gdzieś - będę z dumą toczyć pianę z ust, bo ktoś wpadł w dziwną manierę i teraz wszyscy go naśladują. 
 
Myślicie, że nie ma co się ciskać, bo to przecież tylko interpunkcja? Otóż nie. Ile mieliśmy już przykładów tego, że ktoś zrobił coś idiotycznego, kto inny to powielił i teraz mamy armię klonów? W... huk dużo. I jeśli to, że wszyscy tak robią, ma mnie nakłonić do postępowania tak samo, to dziękuję, postoję. Nie będę się dostosowywać. Nie wiem, skąd się wziął ten zwyczaj upodabniania się do reszty, choćby na siłę, ale to bez wątpienia pierwszy etap degradacji ogólnego poziomu społeczeństwa.

Nieśmiertelne sznauceropół-upadłe aniołoćwierćwampiry

Najbardziej oczywisty przykład - mój ulubiony – to plaga powołana do życia przez panią Meyer. Nieśmiertelny "Zmierzch" zapoczątkował całą falę mniej i jeszcze mniej udanych książek o wampirach, półwampirach, ćwierćwampirach, wampirach-playboyach i wampirach-stetryczałych emerytach. Nie trzeba było długiego czasu, by wampiry skrzyżowały się z innymi rasami i do potoku dołączyły wilkołaki, upadłe anioły i sznaucery szorstkowłose. Później zaś tylko: półwilkołaki, pół-upadłe anioły, a także wampirowilkołaki i sznauceropół-upadłe aniołoćwierćwampiry. (Zabawa z zapisem tych nazw jest prze-za-ba-wna).

Pokochała jedna, pokochały dziesiątki. Z miłości oszalały setki, więc siłą rzeczy zaraz rozległy się piski tysięcy fanek. Teraz to już chyba idzie w miliony. I dlaczego? Za co? Pytam: za co?!

Cytują siebie: nie wszyscy oczekują, że z lektury wyniknie jakiś morał. Nie jest im to potrzebne do szczęścia. Podobno dziewczyny czytają "zmierzchopodobne" książki, bo chcą się oderwać od szarej rzeczywistości i razem z bohaterkami przeżyć coś cudownego. Nie wiem, traktują książki jako wkroczenie na godzinę czy dwie do świata kucyków z Krainy Tęczy? Uciekają na tę chwilę od codzienności? Zawsze to jakieś wyjście (desperackie), ale dla mnie nie ma sensu. Koniec cytatu.

Wniosek. To nie tylko nie ma sensu, ale też wskazuje na poważną dysfunkcję układu nerwowego z mózgiem na czele. Ślepe podążanie za tłumem, który rzuca się na rzecz bezwartościową, jawi mi się jako, nazwijmy to po imieniu, debilizm. Tu nie chodzi wcale o gusta, o których podobno się nie dyskutuje. Nieszczęsny "Zmierzch" przeczytałam, próbowałam nawet dla zasady dziabnąć trochę drugiego tomu, ale odrzuciło mnie. Autentycznie odrzuciło. Można mi zarzucić, że po prostu nie leżała mi fabuła (aż chciałoby się zapytać: jaka fabuła, do diabła?!), lecz ja odpowiem, że to jest grafomania, nie powieść. Rozrywka? Nie - jaką rozrywkę można znaleźć w czytaniu po raz pięćsetny o tych samych relacjach między Bellą a Edwardem Wspaniałym? Morał? Zerowy. Jakakolwiek wartość edukacyjna (istotna szczególnie dla mnie)? Chyba tylko taka, że tak książek się NIE pisze. No i oczywiście materiał do tego rodzaju wywodów. I tak jest ze wszystkim! Wszystko bezwartościowe, ale uwielbiane, naśladowane, a choroba przerzuca się na pozostałe organy...

Pytam: dlaczego dzikie tłumy podążają za tym schematem, powielają go i piszczą przy tym z radości? Gratuluję oczywiście wszystkim ludziom w moim wieku, którzy z własnej woli sięgają po książkę, ale, na litość boską, weźcie coś choć trochę wartościowego!

I znów cytat, tu będący konkluzją. Masa pokochała wampiry, więc marketingową koleją rzeczy trzeba dać masie więcej. Ta wyje z zachwytu - no to jeszcze trochę wampirów. I tak w kółko, a tymczasem nie dość, że fantastyka powoli przez przyklaskującą masę się stacza w lawinie tego rodzaju grafomanii, to jeszcze naprawdę utalentowani autorzy mają trudności z przebiciem się przez zwały syfu. Czytelnicy coraz gorsi, więc to, co czytają, też. Znów przykład książki stanowi schemat, który można odnieść do niemal wszystkiego. Teraz kocha się to, co kochają inni. Słowem: masa zaniża poziom. I oto dochodzimy do sedna problemu.

Atakują klony, będą nas miliony

Spójrzmy raz jeszcze, tym razem okiem bogatszym o podszepty rozsądku. Spójrzmy na nich wszystkich krytycznie, ale trzeźwo. Co widzicie? Ja widzę Masę. Setki i tysiące młodych ludzi, którzy postępują tak, jak dyktują im pozostali. Na ślepo, bezrozumnie, ale za to z przeświadczeniem własnej zajebistości. Tak jest - oni wszyscy są zajebiści. Okazy nieprzystosowane, inne - zdecydowanie nie. I naprawdę jest mi z tym wybornie. Jestem niesamowicie dumna z tego, że moje pseudointeligencja nie pozwala mi się dostosować, wtopić, a zarazem zrezygnować z tego, co mnie wyróżnia. Czy jest to dla pozostałych dobre, czy też nie. Bo dla mnie liczę się JA. Ponieważ...

...Ludzie to JEDNOSTKI, a nie MASA. Dysponujemy UMYSŁAMI, a nie SIŁĄ. Potrzebujemy AMBICJI i SATYSFAKCJI, a nie POWIELANIA i GŁUPOTY. Chciałabym zapytać Masę: do czego dążą w życiu? Kim chcą być? Czego dokonać? Jakie spełnić marzenie? Na czym im właściwie najbardziej zależy? Nic mi do tego, ale z drugiej strony... Boję się, gdy patrzę na Masę, bo mam wrażenie, że za kilkadziesiąt lat wszyscy tacy się staną i zostanie już tylko Masa [dalszy fragment wycięto z uwagi na pozorną chęć dyplomatycznego postępowania - innymi słowy, kęs zostawiony na później].

Nie wiem, ilu ludzi jest Masą. Kogo mogę z całą pewności do niej zaliczyć, kto jest podobny do mnie, a kto zdaje sobie sprawę z tego, co się wokół dzieje. Nieustannie mnie zastanawia jedno: skąd absolutny brak woli samodoskonalenia? Krytycznej samooceny? Oddzielenia się od innych? Wyróżnienia się? Chciałabym, żeby chociaż jedna osoba na moich oczach zatrzymała się, spojrzała po sobie i innych i powiedziała: trzeba coś z tym zrobić. W porządku – świata nie zmienię – ale czemu mam biernie się przyglądać i tylko kiwać głową z niemą dezaprobatą?

Ten wpis miał wyglądać inaczej, ale cynizm przemienił się w całkiem poważną... co? Melancholię? Powiedzmy. Coś takiego. Wiecie co? Chciałabym wywrócić rzeczywistość do góry nogami i zobaczyć, jak stara się pozbierać i układa sobie wszystko od początku.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...