sobota, 22 lipca 2017

"Król Lata" - część jedenasta

Część jedenasta

            Gwar, zapachy, atmosfera, nawet muzyka – wszystko było tak podobne do tego, co Gabriela zapamiętała z przyjęcia urodzinowego Artura dziesięć lat wcześniej, że aż zahaczało o déjà vu. Różnice były dwie. Po pierwsze, Gab obserwowała wszystko z perspektywy umieszczonej o kilkadziesiąt centymetrów wyżej. Po drugie – nie było Artura.
            Benedykt i Gabriela wypatrzyli się dopiero po półgodzinie bezcelowego snucia się pomiędzy gośćmi. Spotkali się na neutralnym gruncie: na tarasie, gdzie stał stół z przekąskami.
            – Nigdy nie zrozumiem, jak można nie lubić oliwek – powiedział Benek, wykałaczką usiłując wyłowić największą sztukę z miseczki.
            – To twój sposób na zainicjowanie small talk? – zdziwiła się Gab. – Jedzenie?
           – Oliwki – doprecyzował. – Hej, nie chciałem zabrzmieć jak imprezowy nudziarz, który szuka partnera do kurtuazyjnej trzydziestosekundowej pogawędki. Zmieniamy temat na pogodę?
            – Nie, nie trzeba. Wiesz, że wczoraj wieczorem ktoś do mnie wydzwaniał?
            Benek zawahał się z nadzianą na wykałaczkę oliwką w połowie drogi do ust.
            – Wydzwaniał? Kto?
            – Nie mam pojęcia. Numer był prywatny. Kilka głuchych połączeń, jedno po drugim.
          – Och. – Zastanowił się chwilę. Choć wyraźnie starał się to ukryć, na twarzy miał wymalowaną niechęć do tematów, które mogą skrywać drugie, trzecie, dziesiąte dno. – Rozumiem, że nie mówiłabyś mi o nich, gdybyś uważała je za pomyłkę albo czyiś głupi żart.
            – Dobrze rozumiesz. Wspominałeś komuś o naszej rozmowie?
            – Gab, to zabrzmiało trochę dziwnie.
            – Wspominałeś? – nie ustępowała.
            – Nie.
            Gab nie spodziewała się innej odpowiedzi, ale i tak poczuła nagłą potrzebę uściśnięcia przyjaciela i przeproszenia go za ostry ton. Poczekała moment, aż kręcąca się wokół łódeczek z sera sąsiadka zmieni zdanie i podryfuje w kierunku grilla.
            – Wiem, że w twoich uszach zabrzmiało to paranoidalnie – powiedziała, w ramach solidarności również rozpoczynając polowanie na oliwki – ale musiałam zapytać. Trochę to wszystko zbyt dopasowane do siebie w tej całej dziwności, nie sądzisz? Zaginięcie, podejrzana firma, jakieś przekręty w interesach, nikt nie chce rozmawiać, teraz jeszcze te głuche telefony...
            – Rozumiem, co masz na myśli – zgodził się niechętnie Benedykt. Wydawał się zmęczony samą perspektywą wchodzenia w tę dyskusję coraz głębiej i głębiej. – Przegapiasz tylko jeden istotny fakt.
            – Jakiż to niby?
            – Rany, Gab, nie jeż się tak. Fakt jest taki, że nie żyjemy na kartach jakiejś pokręconej powieści kryminalnej, tylko w spokojnej, bezpiecznej, i, wybacz dosadność, kryminalnie nudnej gminie Brwinów. Tutaj rzeczy, o których opowiadasz, po prostu się nie dzieją.
            No nie, on znowu zaczyna, pomyślała Gabriela z niedowierzaniem. Co jest z tymi ludźmi? A jednak wiedziała bardzo dobrze, w czym rzecz: w potrzebie utrzymania świadomości istnienia tej spokojnej i bezpiecznej rzeczywistości. Co innego mógł zrobić zwykły mieszkaniec okolicy, jeśli nie uparcie powtarzać, że sąsiedztwo jest piękne, zielone i absolutnie, niepodważalnie, niezmiennie pozbawione niebezpieczeństw?
            – Nie dzieją się, a jednak o nich rozmawialiśmy – zauważyła.
            – Nieprawda – zaprzeczył Benedykt. – Rozmawialiśmy o hipotezach i niepewnych informacjach, które nie muszą nawet być powiązane. To zupełnie co innego. Twoje wczorajsze głuche telefony nie mogą mieć nic wspólnego ze zniknięciem Artura Korzewskiego dziesięć lat temu. Pamiętaj o tym, Gab. To było dziesięć lat temu!
            – Nie muszą mieć. Nie: „nie mogą”. To zupełnie co innego – dodała z przekąsem.
            – Niech ci będzie. – Benek machnął wykałaczką tym samym gestem, jakim równie dobrze mógłby zamachać białą chorągiewką na znak, że niniejszym zabrakło mu chęci i energii na dalszą walkę.
            Gabriela rozumiała go bardzo dobrze, choć jednocześnie sama miała jeszcze w sobie mnóstwo energii i determinacji. Postanowiła zatem odciążyć przyjaciela, który jak dotąd okazał się jej najlepszym – i praktycznie jedynym – źródłem.
            – A gdzie nasz ulubiony barman? – zapytała łagodnie.
            – Krzysiek? – Benedykt zamrugał, jakby nie był pewny, o kim Gab mówi. – Nie wiem, miał tu w ogóle być?
            – Dlaczego nie? Sama go zaprosiłam.
            – Osobiście?
            – Telefonicznie. Właściwie: esemesem. Nie odebrał, pewnie był zajęty w barze.
            Benek popukał się wykałaczką w brodę.
            – Pewnie tak.

piątek, 30 czerwca 2017

"Król Lata" - część dziesiąta

Część dziesiąta

            Poruszanie się na rodzinno-sąsiedzkich przyjęciach to sztuka, którą nie każdy jest w stanie opanować. Nie wystarczy znaleźć sobie przytulne miejsce do siedzenia niedaleko stołu z przekąskami i czekać, aż w pobliżu mignie znajoma twarz. O nie, przeciwnie: trzeba samemu ruszyć do tańca. Jedną z taktyk jest krążenie między sformowanymi drogą przypadku grupami dyskusyjnymi, umiejętne wślizgiwanie się do rozmów i wyślizgiwanie się z nich w odmierzonych społecznym taktem interwałach. Inną – orbitowanie wokół miejsc, które stanowią naturalne centra komunikacyjne, czyli kuchni, korytarza przy toalecie oraz barku. Jeszcze inną, nie mniej skuteczną, choć wymagającą pewnej subtelności – zrobienie zamieszania. Tę właśnie strategię zupełnie niechcący wybrali Artur, Einstein, Benek i Gabriela.
            To wcale nie tak, że zaczęli się nudzić. Artur, nie niepokojony dalszymi pytaniami ze strony przyjaciół, szybko wrócił do swojego typowego flegmatycznego nastawienia. Dla niego fakt, że ma tego dnia urodziny i całe przyjęcie zostało urządzone specjalnie dla niego, nie miał wielkiego znaczenia. Pomógł w tym z pewnością fakt, że podryfowali w kierunku środka ogrodu, gdzie rozstawiono sporych rozmiarów gumowy basen i wszyscy goście pod krawatami, a więc i znajomi pana Korzewskiego, trzymali dystans z obawy przed ochlapaniem. W wodzie pluskał się młodszy brat Artura z kilkoma kolegami i nawet Einstein zawahał się, widząc, że zbliżając się ryzykuje podtopienie. Szybko jednak odzyskał rezon i odwrócił się do reszty.
            – Popływamy?
            – Wiem, co chcesz zrobić – odezwał się Benedykt, uchwyciwszy spojrzenie kolegi. – Nawet się nie waż.
            – Och, daj spokój. – Einstein próbował uśmiechnąć się niewinnie, ale efekt był raczej drapieżny. – Jest gorąco, na pewno chcesz popływać.
            – Ale nie... Nie, zostaw!
            Chłopcy zupełnie niespodziewanie zwarli się w komicznym uścisku zapaśników, którzy nie znają zasad sportowej rywalizacji: Krzysiek szarpał Benka za ubranie, stopniowo przeciągając go bliżej i bliżej basenu, Benek usiłował ścisnąć mniejszego kolegę ramionami i utrzymać pozycję dzięki swojej masie. Wydawali przy tym tak głośne, nieskładne i dzikie krzyki, że szybko zgromadzili wokół niemałą widownię. Nikt z dorosłych nie przewidział, co może nastąpić już za kilka chwil, nikt też – i słusznie – nie brał sceny za bójkę. Z tego powodu, gdy prawa fizyki oszukały obu chłopców, ucierpiała na tym połowa gości przyjęcia, zgromadzona ciasnymi kręgiem wokół basenu.
            Gabriela nie potrafiła ocenić, czy to Benek nadepnął Einsteinowi na stopę, czy może Einstein sam potknął się własne pląsające w nieładzie nogi. W pewnym momencie chłopcy wykręcili koślawy piruet, zaplątali się nawzajem w swoje ręce, usiłując złapać równowagę, i runęli do basenu. Woda bryznęła na wszystkie strony.
            – Nawet się tego spodziewałem – powiedział Artur, potrząsnąwszy mokrą głową. Rozejrzał się i roześmiał się na całe gardło. Tego właśnie trzeba było przemoczonym ludziom wokół: ogród wybuchnął burzą śmiechu.
            Pół godziny później stali we czwórkę w pokoju Gabrieli, poszturchując się wzajemnie w oczekiwaniu na panią Szyller, która krążyła po domu w poszukiwaniu ręczników. W końcu pojawiła się w drzwiach z miną świadczącą o tym, że jest zła jak osa, ale nucąc coś pod nosem.
            – Za karę macie wzór w misie – powiedziała do Benedykta i Einsteina, rzucając im ręcznik. – Tylko się o niego nie pobijcie. – Dodała, drugi podając Gabrieli i Arturowi.
            – Dziękuję pani, ale ja pójdę się szybko przebrać do łazienki, jeśli to nie problem.
            – Oczywiście, kochany! Czuj się jak u siebie w domu. – Pani Szyller zmierzwiła Arturowi włosy, nie zważając na fakt, że nadal kapie z nich woda.
            Artur odpowiedział swoim firmowym Anielskim Uśmiechem Numer 5 i wymknął się na korytarz. Wrócił po kilkunastu minutach, blady jak ściana i z zaciśniętymi ustami.


            Tym razem nie udało się wydobyć z niego powodu zmiany humoru; na wszystkie pytania odpowiadał machnięciem ręki i półsłówkami, nawet nie aspirującymi do tytułu wymówek. Gabrieli dotarła do prawdziwej przyczyny dopiero dziesięć lat później, podczas swojego własnego przyjęcia.

niedziela, 12 marca 2017

"Król Lata" - część dziewiąta

Część dziewiąta

Cały dom zdawał się wibrować muzyką, rozmowami i śmiechem. Przez otwarte na oścież drzwi tarasowe do środka wpływały zapachy grillowanej karkówki, szaszłyków drobiowych i kiełbasek z ogniska; w odwrotnym kierunku, z zatłoczonej kuchni, dobywały się aromaty najwymyślniejszych mieszanek ziół do sałatek. W obie strony przesuwały się grupki ludzi, przystając to tu, to tam na krótszą lub dłuższą pogawędkę z członkami rodziny, przyjaciółmi, sąsiadami czy zupełnie nieznanymi ludźmi. Na tym polegały przyjęcia.
Mała Gabriela Szyller zatrzymała się w przejściu między pokojem dziennym a kuchnią. Nad jej głową kołysał się na sznurku ułożony z kolorowych tekturek napis „Jedenaste urodziny Arturka!”. Poszczególne litery powiewały jak chorągiewki za każdym razem, gdy ktoś pod nimi przechodził.
– Ja bym nie chciała takiego przyjęcia – oznajmiła Gabriela stojącemu za nią Einsteinowi.
– A ja bym chciał – odparł chłopiec. Całą twarz i czubki palców miał umazane bitą śmietaną. – Ten tort jest przegenialny.
– Ile kawałków zjadłeś? Trzy?
– Pięć. – Krzysiek uśmiechnął się bez cienia skruchy, pokazując kawałki czekolady na mlecznobiałych zębach.
– Jesteś nienormalny. Mnie przesłodziło po jednym. Gdzie Artur?
Einstein machnął ręką w kierunku wyjścia do ogrodu.
– Pewnie złapały go ciotki.
         Odszukali Benedykta przy potężnych rozmiarów regale na książki i we trójkę ruszyli na ratunek solenizantowi. O tym, że przyjęcie urodzinowe Artura Korzewskiego odbywało się w domu państwa Szyllerów, zadecydował przypadek: pół tygodnia wcześniej Korzewscy przeżyli hydrauliczną apokalipsę i dotąd jeszcze nie uporali się z przywróceniem podtopionej łazienki do stanu pełnej używalności. Sam Artur nie wydawał się szczególnie zainteresowany czy podekscytowany perspektywą spędzenia swoich jedenastych urodzin w tłumie nie do końca znanych ludzi – ostatecznie wyszło na to, że zarówno jego rodzice, jak i Gabrieli postanowili wykorzystać tę okazję, by zaprosić dawno nie widzianych znajomych ze swoich szkolnych czasów. W rezultacie Artur, jego młodszy brat, Einstein, Benedykt, Gab i parę innych dzieciaków musiało lawirować pomiędzy obcymi dorosłymi. Większości z nich specjalnie to nie przeszkadzało: sam fakt bycia na przyjęciu dostarczał rozrywki, a zadbano oczywiście o to, by nie zabrakło ciastek i chipsów w ilościach uzasadnionych jedynie przez „ten jeden dzień w roku”, jak powiedziała Agnieszka Szyller, zapełniwszy wszystkie miski w domu słodkościami.
         Benek przepychał się między ludźmi z siłą przebicia lodołamacza. Zignorował kompletnie stojące mu na drodze trzy nieznane panie, zapewne sąsiadki, i jedna z nich, potrącona w chwili, gdy unosiła do ust widelec, upuściła papierową tackę z sałatką warzywną.
            – Tam jest! – zawołał chłopiec, nawet się nie obejrzawszy na okrzyk oburzenia.
        Trójka przyjaciół, kierowana silną potrzebą wsparcia kolegi w ciężkim momencie urodzinowego starcia z oddziałem stęsknionych cioteczek, zatrzymała się jak wryta. Artura wcale nie osaczały starsze panie. Jubilat stał z zagubioną miną otoczony przez poważnie wyglądających mężczyzn w koszulach i krawatach. Jego ojciec trzymał ręce na ramionach syna, jakby chcąc powstrzymać go od ucieczki, ale jednocześnie wydawał się zadowolony.
            – Hej, Arturek! – zawołał Einstein przez teatralnie złożone w trąbkę dłonie.
            Artur poczerwieniał po czubki uszu i zaczął wiercić się w uścisku ojca. Uniósł głowę i coś powiedział; Gab wyczytała słowa, których nie mogli dosłyszeć, z jego twarzy: „tato, mogę już iść?”, wymamrotane skrępowanym, niemal błagalnym tonem. Rzadko widywała u przyjaciela jakiekolwiek oznaki słabości, ale będąc w pobliżu swojego taty Artur zawsze wydawał się jakby mniejszy. Tym razem mu się udało: ojciec poklepał go po plecach i odprawił gestem, niemal natychmiast skupiając całą swoją uwagę na pozostałych członkach klubu koszulowo-krawatowego.
         – Co zrobiłeś, że zasłużyłeś na kazanie na własnej imprezie urodzinowej? – zapytał bez ogródek Einstein, gdy tylko Artur oddalił się od swojego taty na bezpieczną odległość.
            – Nic nie zrobiłem.
            – To o co chodziło?
            – Tata chciał mnie przedstawić paru swoim znajomym – wyjaśnił Artur niechętnie. Pocierał policzki dłońmi, jakby chcąc zetrzeć z nich czerwone plamy zdenerwowania, mimo że te już zupełnie zniknęły. – Widzicie tego grubego faceta z marynarką na ramieniu? – Pokazał palcem.
            – Wygląda jak gangster – uznał Benedykt, przekrzywiwszy głowę z zaintrygowaną miną.
           – Nazywa się Warzyński, Jerzy albo Jan, nawet nie pamiętam. Ma jakieś magazyny czy składy budowlane w okolicy. Przez cały czas starał się namówić mojego ojca do tego, by zapoznał mnie z jego córką.
            – O – wyrwało się Gabrieli.
      – Nawet nie powiedział, jak ona ma na imię. Powtarzał tylko: „koniecznie muszą się zaprzyjaźnić”. Głupie, nie? Chyba nawet tata tak pomyślał, bo kompletnie gościa olał.
            Einstein ułożył wargi w dzióbek i cmoknął głośno.

            – Arturkowi znaleźli narzeczoną!

niedziela, 5 lutego 2017

"Król Lata" - część ósma

Część ósma

            – Wróciłam! – krzyknęła Gabriela na progu.
            Odpowiedziała jej cisza pogrążonego w półmroku domu. Wzruszyła ramionami i ściągnęła buty bez rozwiązywania sznurówek. Cały dzień chodzenia, wypytywania, drążenia i skakania po wspomnieniach zmęczył ją tak bardzo, że marzyła już jedynie o zawinięciu do bezpiecznej, cichej przystani w swoim dawnym pokoju, by spędzić w nim resztę wieczoru nad zapełnionym drobnymi zapiskami notesem.
            Odrobinę zawiodła się na własnej psychice, gdy tuż po przyjeździe do rodzinnego domu weszła pomiędzy tak dobrze jej znane cztery ściany i nie poczuła nostalgicznego ucisku w żołądku. Przeciągnęła walizkę do pokoju, omiotła pomieszczenie wzrokiem. Rodzice zostawili wszystkie rzeczy, których Gab nie wzięła ze sobą podczas pośpiesznej wyprowadzki, więc z półek straszyły pluszowe zabawki, książki z kolorowymi grzbietami, przybory do rysowania i wszelkie inne szpargały, których można by oczekiwać po królestwie dwunastolatki. Ze ścian w kolorze limonki zniknęły plakaty zespołów popowych, które pewnie już nawet nie istniały, a na ich miejscu pozostały jedynie białe ślady po taśmie klejącej, ale poza tym właściwie nic się nie zmieniło. Patrząc na ten pokój, Gabriela nie czuła zażenowania, ale nie mogła się też w sobie doszukać rozrzewnienia. Jej umysł był gdzie indziej.
            Teraz, wieczorem, stanęła w ciemnym korytarzu przed drzwiami, zastanawiając się, na ile wspomnienia mogą ją rozpraszać, a na ile motywować.
            Agnieszka Szyller wychyliła się z łazienki, cała przyozdobiona żółtymi wałkami do włosów. Zobaczyła Gab i uśmiechnęła się.
            – Cześć, córuś. – Przesłała jej niewidzialnego całusa; żaden dystans ani czas nie był w stanie sprawić, by ten jej nawyk wyblakł. – Jak ci minął dzień? Spotkałaś wielu starych znajomych?
            – Kilku – opowiedziała Gabriela. Chciała żartobliwie użyć buntowniczo-wyzywającego tonu wymówki dziecka względem rodzica, ale rezultat w jej opinii zabrzmiał po prostu chłodno. Odchrząknęła, nagle dziwnie skrępowana, zaraz jednak spróbowała wybrnąć w dyplomatyczny sposób, czyli zmieniając temat: – Przepraszam, że tak wyskoczyłam zaraz po przyjeździe, ale wiesz, jaka jestem. Zżerała mnie ciekawość.
            – Oj wiem, wiem – machnęła ręką mama. Światło sączące się zza jej pleców tworzyło nad jej głową aureolę. – Nic się nie stało. Mam tylko taką małą prośbę ode mnie i od twojego ojca…
            – Tak?
            – Zarezerwuj sobie jutrzejsze popołudnie dla nas, dobrze?
            Gabriela zamrugała.
            – Macie jakieś specjalne plany?
            – Właściwie to tak. – Pani Szyler dotknęła dłonią włosów, jakby chcąc się upewnić, że dalej tam są, ciasno nawinięte na wałki. – Robimy wieczorem takie małe… przyjęcie… powitalne. – Wydawało się, że wypowiedziała to wszystko na bezdechu, byle szybciej mieć to za sobą.
            – Przyjęcie? Dla kogo? – zdziwiła się Gab.
            – Oczywiście, że dla ciebie! Skromny, kameralny grill dla paru znajomych i sąsiadów. Wszyscy chcą się z tobą zobaczyć. Ojciec już czaruje z karkówką, a ja zrobię twoją ulubioną sałatkę z kurczakiem!
            – Mamo… – Gabriela w ostatniej chwili ugryzła się w język. Była wegetarianką od paru lat, ale przecież nie musiała o tym mówić teraz. Zdobyła się na uśmiech. – Dziękuję. Nie trzeba było. Na pewno będzie miło.
            Pani Szyller ponownie cmoknęła powietrze i dmuchnęła w wyimaginowany pocałunek, by podryfował ku jej jedynemu dziecku.
            – Moja skromna córeczka! A teraz daj starej kobiecie zrobić się na bóstwo. Dobrej nocy, Gabrysiu.
            – Dobranoc, mamo.
            Gab zamknęła za sobą drzwi pokoju z wrażeniem, jakby właśnie odegrała – niezbyt dobrze – scenkę rodzajową w szkolnym teatrzyku.
            Następne pół godziny spędziła kręcąc się od jednej półki do drugiej i porządkując myśli. Brała do ręki przedmioty pokryte jedynie cieniutką, prawie niezauważalną warstewką kurzu i zastanawiała się, dlaczego rodzice poświęcali czas na utrzymanie jej starego pokoju w porządku, dlaczego nie przerobili go na gabinet czy biblioteczkę. Gdy w końcu usiadła przy biurku, niemal nie zauważając, że krzesło na kółkach jest dla niej stanowczo za niskie, znów czuła się spokojna i przygotowana. Zawsze przed rozpoczęciem pracy nad zebranym materiałem musiała poświęcić trochę czasu na uspokojenie mózgu, zazwyczaj zdyscyplinowanego, ale też trochę zahukanego po pierwszych rozmowach, które przeprowadzała w ramach przygotowania bazy pod artykuł. Teraz było nie inaczej; fakt, że sprawa, nad którą zamierzała się pochylić, dotyczyła też jej samej, wcale nie ułatwiał sprawy.
            Położyła notes na blacie z podkładką w uśmiechnięte żółwie, odetchnęła i w tym samym momencie komórka w jej kieszeni wściekle zawibrowała. Gab odebrała niemal automatycznie, nawet nie spojrzawszy na wyświetlany na ekranie numer.
            – Halo.
            Nikt nie odpowiedział.
            Gabriela odjęła telefon od ucha. Numer prywatny, informował napis.
            – Halo? – spróbowała jeszcze raz.
            Cisza.
            Gab wzruszyła ramionami i rozłączyła się. Nie zdążyła nawet odłożyć komórki na biurko – rozdzwoniła się ponownie: numer prywatny. Gabriela odebrała ze zmarszczonymi brwiami.
            – Halo!
            Nic.
            – Jeśli to jest jakiś głupi żart… – Gabriela zawiesiła głos i, nie doczekawszy się odpowiedzi, ponownie wcisnęła przycisk zerwania połączenia.
            Trzy sekundy później telefon znów wibrował. Tym razem przez chwilę trzymała aparat w dłoni, wpatrując się w ekran bez ruchu. Potem wyłączyła urządzenie.


            Przypadki się zdarzają, pomyślała. Ale nie dziennikarzom śledczym, byłym czy nie, którzy zaczynają węszyć.

niedziela, 4 grudnia 2016

"Król Lata" - część siódma

Część siódma

     Krzysiek Trzmiel oczywiście się zmienił – i miał spojrzenie człowieka przeżutego i wyplutego przez los – ale dało się w nim rozpoznać dwunastoletniego Einsteina. Benedykt natomiast stał się innym człowiekiem. Zniknął pucołowaty chłopiec, policzki straciły różowawy odcień, kiedyś smętnie zwieszone, jakby za długie ręce teraz krzyżowały się na piersi, tworząc z pewnym siebie uśmiechem obraz, który od razu zbił Gabrielę z topu. Benek? Pewny siebie?
     Miało to jednak sens, bo za plecami Benedykta wznosiła się bryła największego domu w okolicy. Gab z pewnością nie użyłaby do jego opisu słowa „willa” – zbyt dużo czasu spędziła, kręcąc się po Konstancinie podczas opracowywania jednego z reportaży – ale budynek bez wątpienia musiał dodawać jego właścicielowi jakiegoś rodzaju pewności.
     – Imponujące – powiedziała po prostu, gdy wstępne uprzejmości, zdecydowanie swobodniejsze niż w barze „Na Skraju Ogrodu”, mieli już za sobą.
     Benek skinął głową z uśmiechem.
     – Nie jest idealnie, szczególnie w ogrodzie przydałoby się jeszcze sporo pracy – odrzekł, choć w jego oczach zabłyszczała duma.
     Jeśli ma na myśli dosadzenie roślin, to lada moment w tej dżungli będzie się można zgubić, pomyślała Gab, patrząc ponad ramieniem Benedykta na morze zieleni. Skojarzenie przyszło od razu, tak szybko, jakby wiązało się ze wspomnieniem z wczoraj, a nie sprzed 10 lat: obdrapany, opuszczony dom Ślepego, wciśnięty między mokradła i duszny, ciemny las. Jeszcze do niedawna prawie o tym wszystkim nie myślała; teraz własna pamięć wręcz ją dręczyła. Zamiast obrazów z całkiem przecież szczęśliwego dzieciństwa, parunastu lat spędzonych w Otrębusach, Brwinowie, Kaniach, Podkowie, nagle zaczął ją prześladować obraz tego jednego, jedynego dnia.
     Benedykt musiał zobaczyć, że twarz Gab nieznacznie pociemniała, bo położył jej rękę na ramieniu i skierował wąskim chodnikiem pośród krzewów ku wejściu do domu. Jako chłopiec w życiu nie wykonałby takiego gestu; z pewnością nie wiedział, jaka myśl sprawiła, że koleżanka z dzieciństwa nagle spochmurniała, ale bezbłędnie wyczuł, co powinien zrobić.
     – Usiądziemy w środku, pod klimatyzacją, w tym upale trudno wytrzymać – powiedział, jednocześnie wykonując dłonią gest, który Gabrieli wydał się ukradkowym zapewnieniem, że cokolwiek ją zasmuciło, teraz należy udać, że wcale tego nie było.
     Czy właśnie dzięki temu z pucołowatego niezdary stał się człowiekiem, do którego najwyraźniej aż samo przykleja się słowo „sukces”? Bo nauczył się udawać, że czegoś nie zauważa, że coś się nie zdarzyło?
     Wnętrze domu Benedykta było nieco mniej imponujące, wiązało się to jednak z tym, że właściciel wyraźnie uparł się, by przestronne, nieco ciemne wnętrze urządzić zgodnie z aktualną modą na kanty, biel, minimalizm i tworzywo sztuczne. Nie współgrało to za dobrze z otwartą przestrzenią, która zapełniała niemal cały parter. Gabriela starała się nie sprawiać wrażenia, jakby rozglądając się oceniała dom przyjaciela, jednak na widok sztucznych owoców w koszu z syntetycznej czarnej wikliny i ogrodowych fotelów z tego samego materiału na środku pokoju dziennego mimowolnie uniosła brwi. Może i Benedykt postawił sobie wspaniały dom, ale urządził go fatalnie, gorzej nawet od ogrodu.
     Usiedli przy stoliku kawowym koło przeszklonego wyjścia na taras. Gab musiała przesunąć się na sam skraj ascetycznie twardej kanapy, by klimatyzacja nie dmuchała jej lodowatym powietrzem prosto w twarz.
     – Krzysiek ostrzegł mnie, że jeśli ty nie będziesz chciał ze mną rozmawiać o Arturze, to nikt nie zechce – powiedziała bez ogródek.
     Benedykt zrobił zdziwioną minę. Gabriela widywała lepsze popisy aktorskie.
     – Dlaczego miałbym nie chcieć z tobą rozmawiać? – Sięgnął na dolną półkę pod blatem z ciemnego szkła i wyciągnął pojemniczek z bakaliami. Gab miała ochotę zapytać, czy zawsze je trzyma w tym kąciku dla gości, czy przesypał je z foliowego opakowania do plastikowego pudełeczka specjalnie dla niej. – Nigdy nie zrozumiem tej Krzyśkowej niechęci do tego, co działo się kiedyś. Zupełnie jakby została mu jakaś trauma.
     – Może została.
     Wzruszył ramionami.
     – Tak czy inaczej, jest jedna ważna rzecz, o której musisz wiedzieć, zanim w ogóle zaczniesz rozpytywać w okolicy o Artura Korzewskiego. Nie rób takiej miny, widzę, że właśnie to chcesz robić, wiem przecież, jaki jest twój zawód.
     – Dlaczego mam wrażenie, że wszyscy dużo tu o mnie wiedzą, chociaż byłam na drugim krańcu Polski? – westchnęła Gab, wyłuskując suszoną żurawinę spod warstwy rodzynek.
     – Bo tak właśnie jest. Nic na to nie poradzisz.
     – Teraz już nie – przyznała. – Co to za ważna rzecz?
     – Pamiętasz, gdzie stał dom Ślepego?
     – Oczywiście. – Wątpiła, by po tylu latach zdołała tam dotrzeć przez las, ale istniała przecież jeszcze bardziej cywilizowana droga szutrowa, kończąca się tuż przy zarośniętym jeziorku.
     – No to teraz już nie stoi.
     Gabriela zamrugała.
     – Co przez to rozumiesz?
     – Już wtedy stał na prywatnym terenie. Właściciel rozebrał budynek do fundamentów. Właściwie to zrównał go z ziemią. Zasypał nawet staw. Teraz w tamtym miejscu jest jakiś magazyn czy coś takiego, cały teren jest ogrodzony, wliczając w to niemały kawałek lasu.
     – Dlaczego to takie ważne? – Gab wiedziała dlaczego, pytanie jednak, czy Benedykt również był tego świadomy.
     Kolejny teatralny uśmiech zdziwienia.
     – Myślałem, że to cię zainteresuje. Jesteś dziennikarką śledczą.
     Wykręca się, pomyślała. W takim razie jeśli on nie czuje potrzeby być z nią szczerym, ona może bez wyrzutów sumienia odpowiedzieć tym samym.
     – Byłam – poprawiła. – Czyli nie ma sensu, żebym tam szła?
     – Najmniejszego. Nawet cię nie wpuszczą.
     – Kto jest właścicielem tego terenu?
     – Jakaś lokalna firma, coś związanego z metalurgią. O ile dobrze mi wiadomo, jej prezes nawet nie jest stąd.
     Pokiwała głową. Nic, co mogłoby ją specjalnie zaskoczyć, a jednocześnie zupełnie nowa informacja. Gdy znika dziecko, sprawa jest przykra. Gdy znika dziecko, a niedługo potem miejsce zniknięcia jakaś firma odgradza płotem, sprawa jest podejrzana.

     – Opowiedz mi coś więcej o tym, co się tu ostatnio działo – poprosiła, rozsiadłszy się wygodniej na niewygodnej kanapie Benedykta.

sobota, 30 lipca 2016

"Król lata" - część szósta

Część szósta
           
            Gabrieli Szyller łatwiej od tej pogawędki przy piwie prowadziło się konferencje dla zagranicznych gości, naszpikowane korpomową i okrągłymi, niewiele znaczącymi frazami żywcem wyjętymi z wodolejstwa coachów na szkolenia. Zaczynała się zastanawiać, czy świadczy to o jej rodzinnych stronach, czy może raczej o niej samej, odzwyczajonej od tak prozaicznych czynności jak niezobowiązująca rozmowa w barze.
            Odpowiedź, która przyszła jej do głowy, gdy oglądała swoje odbicie w zakrzywionej ściance szklanki, nie napawała optymizmem.
            – Czyli dowiedziałaś się dopiero teraz – rzekł Einstein, z namysłem kreśląc na stoliku kółka. Wodził za swoim palcem wskazującym wzrokiem, jakby obserwował zawodnika na torze żużlowym.
            – Rozmawiałam z rodzicami, ale oni i tak nie chcieli mi nic powiedzieć – odparła. – Gdyby nie to, że Paluch się wygadał, w ogóle nie miałabym o niczym pojęcia.
            – Może to i lepiej.
            Gab posłała Krzyśkowi wymowne spojrzenie i ponad jego ramieniem zobaczyła, że jeden z klientów baru mruga do niej, a siedzący obok brodacz szturcha kolegę w bok i coś mówi, teatralnie zasłaniając usta dłonią. Potem obaj wybuchnęli śmiechem, który na moment zagłuszył muzykę. Gabriela wróciła do kontemplacji szklanki.
            – Nie zwracaj na nich uwagi – poradził Krzysiek – bo się nie odczepią.
            – Nie przeszkadza im, że tak sobie tu siedzisz i pijesz piwo, zamiast stać za barem?
            – Przeciwnie. Dla stałych klientów, a w zasadzie tylko takich tu mam, zgrywam równego gościa. Jak ktoś będzie chciał coś zamówić, to po prostu podejdzie do lady i machnie na mnie ręką. Jestem barmanem, nie wartownikiem na służbie.
            – I właścicielem. Nigdy bym nie pomyślała, że na starość zajmiesz się prowadzeniem baru – zaśmiała się z lekką krępacją. – To jakiś rodzinny interes?
            Einstein rozłożył ręce na boki.
            – Ani trochę. Sam nie do końca wiem, jak to się stało, że ta buda jest moją własnością. Tyle dobrego, że nie dostałem w pakiecie żadnego kredytu. Nie jest to może żyła złota, ale się nie nudzę.
            – I pewnie poznajesz masą ciekawych ludzi.
            – Można tak powiedzieć. – Spochmurniał. Wyraźnie chciał czymś zająć ręce, wydłubał wykałaczkę z pojemnika na rogu stolika i zaczął ją obracać w palcach. – Słuchaj, Gab, wiem, że cię to nurtuje i widzę, jak krążysz wokół tematu, ale sprawa ze zniknięciem Artura Korzewskiego to dawne dzieje. Słyszałem, że przez jakiś czas byłaś dziennikarzem śledczym. Tu to nie przejdzie. Nikt już nawet nie pamięta, że cokolwiek się stało.
            – Paluch pamięta, jego rodzice na pewno też – zauważyła z przekąsem. – I ty.
            – Pamiętać i rozpamiętywać to nie to samo – żachnął się nagle. – Rozumiem, że możesz mieć wrażenie, że przez twój wyjazd ominęło cię wyjaśnienie całej sprawy. Otóż nie, nic nie zostało wyjaśnione. I nie zostanie, nigdy. Nie ma sensu w tym grzebać. Zresztą nie po to przecież przyjechałaś, prawda? Zjedz z rodzicami obiad, zrób grilla, poodwiedzaj starych znajomych...
            – Jednego z nich nie odwiedzę. – Nawet ją samą zdziwiła gorycz, która wkradła jej się do głosu.
            – Rany boskie, Gab! I co z tego? To było dziesięć lat temu! – Einstein rąbnął dłonią w stół, ale natychmiast się opamiętał. Niemal delikatnie odłożył wykałaczkę i sięgnął do kieszeni na piersi po długopis. – Zapiszę ci adres Benedykta. Nadal tu mieszka, ale przeprowadził się do nowego domu. Sam postawił. Jak zobaczysz tę jego willę, to moja knajpa wyda ci się niczym. – Uniósł na nią wzrok znad pomazanej krzywym pismem serwetki. Sprawiał wrażenie zmęczonego i zniechęconego, chociaż starał się przywołać  uśmiech, który niegdyś prawie nie schodził z jego twarzy. – Ale jeśli on nie będzie chciał z tobą rozmawiać o Arturze, to już nikogo o to nie męcz, dobrze? Nie warto.
            Gabriela ugryzła się w język, zanim przyszła jej do głowy nie do końca uprzejma odpowiedź. Odebrała podaną serwetkę.
            Gdyby ktoś jej kiedyś powiedział, że w jej rodzinnych okolicach, niedaleko Warszawy, ale jednak na uboczu, spotka się z małomiasteczkową ścianą milczenia i odskakiwaniem od przykrych tematów, jakby parzyły, to tylko wzruszyłaby ramionami. To się zdarza, ale przecież nie tutaj, prawd? Są sprawy ciężkie, objęte w jakimś stopniu społecznym tabu albo wręcz toksyczne, których nikt nie chce poruszać i Gab doskonale to rozumiała. Ale zaginięcie chłopca dziesięć lat wcześniej? Co w tym wymaga wykonywania histerycznych uników? Co tak drażni, co wywołuje silne emocje, skoro, jak powiedział Einstein, nagle blady na twarzy, „nie warto”?


            O nie, jest zupełnie inaczej. Einstein, cokolwiek chciał osiągnąć, odniósł odwrotny skutek. Teraz Gabriela wiedziała, że nie znajdzie spokoju, póki nie rozgrzebie dawnych wydarzeń, żeby zobaczyć, co kryje się pod nimi.

wtorek, 14 czerwca 2016

"Król lata" - część piąta



Piąta część noweli (umownie) w odcinkach. Tekst opublikowany również na łamach piątego numeru miesięcznika LINIA, który znajdziesz TUTAJ.


            Część piąta

            Państwo Szyllerowie wyraźnie cierpieli na niedobór córki. Utrzymali Gab w domu jedynie przez godzinę, ciężką i niewygodną dla całej trójki, bo wili się jak piskorze przez cały ten czas, nie pozwalając się rozwinąć dyskusji o zaginionych dzieciach i popsutych dzieciństwach. Mimo to sprawiali wrażenie ożywionych i natchnionych tym specyficznym rodzajem energii, przez długi czas uśpionym rodzicielskim zapałem, którego Gab nawet nie próbowała zrozumieć. Zamiast tego dopiła czwartą herbatkę z miodkiem (rzeczywiście dobrym) i, wyczekawszy na odpowiedni moment pomiędzy matczyną opowieścią o wnukach wujka Zbigniewa a ojcowską tyradą o pracy we własnej firmie, wymknęła się z kuchni. Rzuciła jeszcze głośne: „wrócę późno, nie czekajcie z kolacją”, jakby znowu miała kilkanaście lat, i wyskoczyła na ulicę.
            Dotarła na stację Podkowa Leśna Główna niecałą godzinę później. Spacer był długi, ale niezbyt wyczerpujący. Mogła co prawda podjechać kolejką, ale cóż to by wówczas była za zabawa? Przebyła całą drogę energicznym krokiem kobiety biznesu, który tak bardzo nie pasował do zasypanej igliwiem, na wpół zarośniętej ścieżki biegnącej wzdłuż torów. Podobnie jak w jej rodzinnych Otrębusach, także tutaj ze wszystkich stron wyobraźnię atakowały obrazy sprzed wielu lat. Wspomnienia nakładały się na rzeczywistość i sprawiły, że gdy Gabriela wchodziła do baru „Na Skraju Ogrodu”, czuła się bardzo, bardzo zmęczona.
            Mimo że było słoneczne popołudnie, wewnątrz panował półmrok. Imitujące kandelabry lampy dawały zbyt przytłumione światło, padające na ciemne drewno zbyt wielu stolików oraz zbyt dużej lady barowej. Na ścianach z jednej strony lokalu powieszono pstrokate plakaty, być może ogłoszenia wydarzeń kulturalnych w okolicy, z drugiej – tajemnicze drewniane konstrukcje; Gab domyślała się, że są dzieła tutejszych artystów-być-może-amatorów. Z głośników leniwie sączył się smooth jazz, pasujący do tego wszystkiego jak pięść do nosa. Całość wystroju automatycznie, nie do końca świadomie Gab oceniła jako nachalny kontrast sprzecznych stylów i intencji: trochę nowoczesności, trochę folkloru, nic tylko wcisnąć w kąt szafę grającą, a naprzeciwko symboliczne pianinko do kotleta.
            O rany, myślisz jak jakaś wielkomiejska arogantka albo zadzierająca nosa przyjezdna, skarciła się w myślach, lawirując między stolikami. Niewiele z nich było zajętych, ale rozpostarci na krzesłach klienci w większości mierzyli ponad metr osiemdziesiąt i wyciągali nogi w poprzek przesmyków w archipelagu mebli, Gab gotowa była dać głowę, że celowo. Dotarła do lady z wrażeniem, jakby właśnie odbyła spływ kajakowy Czarną Hańczą w najwęższym i najniespokojniejszym jej odcinku.
            – Dzień dobry – powiedziała do odwróconego plecami barmana. – Szukam Krzysztofa Trzmiela, słyszałam, że jest właścicielem? – Na wszelki wypadek zakończyła pytającą nutą, podejrzewając, że rodzice mogli pomylić nazwiska jej przyjaciół z dzieciństwa, a tym samym i ją wprowadzić w błąd.
            – Ano jest – odparł mężczyzna smętnym głosem konsultanta telefonicznego. – Podać coś?
            Gab przebiegła wzrokiem po barowych półkach. W kącie, niemal całkiem schowany za podwójnym nalewakiem z logiem lokalnego piwa, stał ekspres do kawy. Alleluja! Właśnie tego potrzebowała.
            – Poproszę podwójne espresso.
            Barman nawet na moment nie stracił zainteresowania właśnie polerowaną szklanką. Wykonał ruch, jakby chciał zerknąć na nią przez ramię, ale w ostatniej chwili zdecydował, że jednak nie warto i teatralnie chuchnął na szkło. Gab wywróciła oczami, uświadomiwszy sobie, że według niego zamawiając kawę o siedemnastej w czerwcową sobotę popełniła jakiś rodzaj faux pas.
            – Małe piwo – poprawiła się i po chwili wahania dodała z nadzieją: – z sokiem.
            Kufel – wcale nie mały, ale z czerwoną chmurką syropu malinowego rozchodzącą się przy dnie – huknął o kontuar po niecałych trzydziestu sekundach.
            – Na koszt firmy. Witaj z powrotem, Gab.
            Chwilę zajęło Gabrieli przyjęcie do wiadomości tego, że stoi przed nią postarzały o dziesięć lat Einstein. Głębokie zakola, awangardowa broda, obwiedzione cieniami chronicznego niedosypiania oczy, mały garb na nosie, będący zapewne pamiątką po złamaniu, zaciśnięte wargi ułożone w niemal prostą kreskę grymasu jak u sprzedawcy na zbyt długiej zmianie za ladą. Żaden z elementów nie pasował do tego, jak zapamiętała Krzyśka Trzmiela, ale mimo to twarz bez wątpienia była znajoma. Jednocześnie Gabrielę uderzył jej wyraz; w komplecie z prostym, lecz szczerym „witaj z powrotem” bardziej ucieszyłby ją równie prosty i szczery uśmiech, nie darmowe piwo.
            Uniosła kufel w geście trochę karykaturalnego toastu.
            – Uściskam cię za chwilę – powiedziała i wzięła potężny łyk.
            – Nie ma pośpiechu.

            Gdyby Gab porównała Palucha Korzewskiego, który tak entuzjastycznie ją powitał, do roześmianego pluszowego misia, Krzyśka siłą rozpędu musiałaby określić jako robota z plastiku. Wpatrywał się w nią, zarzuciwszy sobie szmatkę do polerowania na ramię. Ręce założył na piersi, spod mankietu koszuli na jego lewy nadgarstek wypełzał fantazyjny tatuaż. Nie zmienił wyrazu twarzy. Zupełnie jakby wiedział, że sentyment i sympatia nie są najważniejszym powodem, dla którego nie odłożyła spotkania z dawnym przyjacielem na następny dzień, gdy on będzie miał wolne, a jej nie będą przygrywały nerwy. Jakby wiedział, że tak naprawdę nie potrafiła zaczekać ze sprawą zaginięcia Artura; dla nich wszystkich wspomnienia wyciąganego teraz spod grubej warstwy kurzu i celowego zapomnienia, dla niej – gwoździa wbitego nagle w sam środek serca.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

"Król lata" - część czwarta

Czwarta część noweli (umownie) w odcinkach. Tekst opublikowany również na łamach czwartego numeru miesięcznika LINIA, który znajdziesz TUTAJ.

Część czwarta


Każde z nich znało inną wersję lokalnej opowieści, ale wszystkie były wariacją na temat nawiedzonego domu. Arturowi i reszcie historię opowiadali rodzice, którzy słyszeli ją od starszego rodzeństwa, którzy słyszeli ją dziadków, którzy sami już nie pamiętali, kto im ją opowiadał. Człowiek nazywany Ślepym jedynie dopełniał historii, stanowiąc „prawdopodobną” kotwicę rzuconą do morza niesamowitości. W rzeczywistości wszyscy wiedzieli, że ktoś taki nigdy nie istniał. Stałym, magicznym punktem, który zaczarowywał słuchaczy, był sam budynek. Opowieść wbijała się klinem w sam środek letniego przeświadczenia, że wszystko jest możliwe, stawała pomiędzy dziecięcą wiarą a wpojonym rozsądkiem i krzyczała: sprawdź mnie!
Wyrosła na niepewnym gruncie brzoza pochylała się w głębokim ukłonie ku wodzie wciśniętego między zarośla błotnistego stawu, niższymi gałęziami przyginając trzcinę aż do ciemnej tafli, wyższymi tworząc liściasty baldachim. Jedynie znajomość okolicy pozwalała stwierdzić, że po przeciwnej stronie stawu biegnie droga, eksterytorialna piaszczysta serpentyna, której las jeszcze nie pochłonął. Dotarcie do niej przez te wszystkie zarośla nawet z maczetami i grupą Indian-przewodników graniczyłoby z cudem. Brudna szara bryła budynku wyrastała niemal wprost z tego naturalnego bałaganu. Plamy wilgoci wżarły się głęboko w przypominającą papier-mâché elewację. Pozbawione szyb okna w większości zachowały jedynie fragmenty ram, a dawno temu pomalowane zieloną farbą okiennice trzymały się na pojedynczych, do cna zardzewiałych zawiasach, jakby nie do końca wiedząc, czy to już czas, by się urwać. Przez szeroko otwarte drzwi wejściowe z wnętrza ziało zaduchem opuszczonych pokoi.
       To Artur pierwszy wszedł do środka, ale żadne z nich wahało się przed pójściem za nim. Potykając się w półmroku przebyli krótki korytarz i dotarli do nieco widniejszego pomieszczenia. Zatęchłe powietrze, tak gęste, że odruchowo chciało się młócić je ramionami, zaległo na fotelach, sofie, drewnianym stoliku, kredensach i szafkach podsuniętych pod ściany. Tumany kurzu wzbijały się ze skrzypiących klepek na podłodze przy najlżejszym ruchu, wirowały w świetle wpadającym przez okna razem ze skwarem.
        – Czy to – Einstein zatoczył łuk dłonią – wygląda wam na nawiedzony dom?
       Benedykt przepchnął się pomiędzy nimi i z impetem padł na wyściełane przetartym obiciem siedzisko sofy. Chmura pyłu buchnęła na wszystkie strony.
        – Raczej salon, po którym od dawna nikt nie jeździł odkurzaczem – odparł, odciągając kciukiem kołnierz przepoconej koszulki. Czubek jego wędki zachrobotał o sufit, a z piętra coś odchrobotało.
       Artur uniósł głowę tak gwałtownie, że strzeliło mu w karku.
       – Słyszeliście?
       – Niby co?
       Chłopiec popatrzył przenikliwie po twarzach przyjaciół.
       – Nic takiego – machnął ręką.
       Gab miała wrażenie, że parne, ciężkie powietrze osiada im na barkach, przygina do podłogi, nalega, by usiąść i rozkoszować latem właśnie tutaj, w domu Ślepego. Wydawało jej się, że cały budynek pulsuje symfonią trzaśnięć, stuknięć, skrzypnięć, jęków starych przedmiotów i stęknięć jeszcze starszych murów. W brzuchu Gabrieli zawrzało narastające zdenerwowanie.
       – Chodźmy już – chrypnęła. Tyle dźwięków, a ona była pewna, że wśród nich ukrywa się ten jeden, który zapowiada niebezpieczeństwo. Nie potrafiła go jednak odnaleźć aż do chwili, gdy zabrzmiał naprawdę.
       Z piętra dobiegł ich łomot upadającego ciężkiego przedmiotu, potem krótki, ale przenikliwy krzyk i wreszcie seria stuknięć, które nie mogły być niczym innym jak krokami mężczyzny w mocnych butach roboczych – a przynajmniej tak to natychmiast zinterpretowała wyobraźnia Gabrieli i później ten właśnie obraz wracał do niej czasem w koszmarach.
       Wszystko wydarzyło się tak szybko, że z perspektywy czasu Gab powiedziałaby raczej: jednocześnie. Benedykt chciał zerwać się szybciej, niż był w stanie i w rezultacie spadł z kanapy na podłogę, zaraz jednak zerwał się na nogi. Einstein zapiszczał, choć pewnie zamierzał wrzasnąć, i rzucił się wyjścia. Gab zagapiła się na Artura, który znowu wpatrywał się w sufit. Dopiero następny dźwięk ją ocucił. Był to głuchy huk wystrzału. Choć wyraźnie dobiegł z piętra, odbił się od ścian i dudnił w całym budynku przez parę ogłuszających sekund. Gabriela wyciągnęła rękę, by szarpnąć Artura za rękaw, ale jej nogi, nastawione na ucieczkę jeszcze zanim dojrzał do niej umysł, wykonały już automatyczny obrót i poniosły za gramolącym się w ciemnościach korytarza Benedyktem. Półprzytomna z paniki, chwyciła chłopca pod ramię i pociągnęła do drzwi. Wypadli na przesycone letnią wilgocią powietrze i, nie oglądając się ani za siebie, ani na siebie wzajemnie, pobiegli w las.
       Być może Gab powinna zawrócić, może nawet zostać. Nie zrobiła tego i przez długi, długi czas nawet przez moment nie miała z tego powodów wyrzutów sumienia. Aż do chwili, gdy uświadomiła sobie, że wszyscy troje zostawili Artura w nawiedzonym domu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...